środa, 13 lutego 2013

Środa, co POPIELCEM się zwie ...

       Niedawno konsumowaliśmy świąteczne pierogi, dzieliliśmy się opłatkiem, a w większości stacji radiowych wałkowano na okrągło "wiecznie żywy" przebój George'a Michaela - "Last Christmas"... Rok liturgiczny jest jednak niebywale dynamiczny.  Boże narodzenie minęło, był krótki "okres zwykły" i czas zaczynać ... Wielki Post. Dzisiejszy dzień -  Środa Popielcowa daje mu początek. To nie będzie długi artykuł. Powinienem się teraz uczyć, ale chciałem  napisać kilka zdań (choć i to może być dziś dla mnie nie lada wyznaniem, biorąc pod uwagę fakt, że mój brzuch domaga się pokarmu ... ale cóż ... post ścisły - rzecz święta).
"Prochem jesteś i w proch się obrócisz" usłyszałem dzisiaj od najstarszego w Rzeszowie Pijara, którego zresztą bardzo cenię, a który nie skąpił popiołu mojej głowie.To ważne słowa... Przypominają o ludzkim przemijaniu. Gdybym chciał też wskazać dni, których sztandarowymi słowami mogłyby być te z wiersza ks. Jana Twardowskiego "Spieszmy się kochać ludzi", byłby to na pewno dzień Wszystkich Świętych ... ale        i właśnie Środa Popielcowa...

"[...] I nigdy nie wiadomo mówiąc o miłości czy pierwsza jest ostatnią czy ostatnia pierwszą." Wielki Post to czas na zastanowienie się nad losem każdego z nas, nad tym co czeka  po 'tamtej stronie', nad celem śmierci Jezusa i jej konsekwencjami dla człowieka ... ale również ... nad zwykłymi, prozaicznymi rzeczami - wyzwaniami, z którymi każdego dnia przychodzi nam się mierzyć...; to po prostu czas, by się zatrzymać.

Wielki Post zaczynam z refleksją, a nawet, pewnego rodzaju, obawą. Odmawiając modlitwę "Ojcze nasz", mówimy: "bądź wola Twoja". Patrząc na obraz Jezusa Miłosiernego, czytamy: "Jezu ufam Tobie"...

Czasem mam wrażenie, że te słowa są jak wyrok. Że modląc się nimi, musimy liczyć się z przykrymi konsekwencjami. Że zdając się na Boga, dostaniemy kamieniem w głowę, wpadniemy pod samochód albo stanie się coś jeszcze gorszego. Ale to chyba tak nie działa  ... Takie myślenie jest nie-fair wobec Nieba. Bóg może dać człowiekowi coś naprawdę fajnego, wymarzonego tutaj, na Ziemi. Dobrze, że mam całe 40 dni, aby to zrozumieć ...


O faryzeuszach, myciu rąk i innych takich ...

  
 Dla pijarskie-lso.blogspot.pl
"U Jezusa zebrali się faryzeusze i kilku uczonych w Piśmie, którzy przybyli z Jerozolimy. I zauważyli, że niektórzy z Jego uczniów brali posiłek nieczystymi, to znaczy nie obmytymi rękami. Faryzeusze bowiem, i w ogóle Żydzi, trzymając się tradycji starszych, nie jedzą, jeśli sobie rąk nie obmyją, rozluźniając pięść. I gdy wrócą z rynku, nie jedzą, dopóki się nie obmyją. Jest jeszcze wiele innych zwyczajów, które przejęli i których przestrzegają, jak obmywanie kubków, dzbanków, naczyń miedzianych. 

Zapytali Go więc faryzeusze i uczeni w Piśmie: «Dlaczego Twoi uczniowie nie postępują według tradycji starszych, lecz jedzą nieczystymi rękami?» Odpowiedział im: «Słusznie prorok Izajasz powiedział o was, obłudnikach, jak jest napisane: "Ten lud czci Mnie wargami, lecz sercem swym daleko jest ode Mnie. Ale czci Mnie na próżno, ucząc zasad podanych przez ludzi".
Uchyliliście przykazanie Boże, a trzymacie się ludzkiej tradycji, dokonujecie obmywania dzbanków i kubków. I wiele innych podobnych rzeczy czynicie».
I mówił do nich: «Umiecie dobrze uchylać przykazanie Boże, aby swoją tradycję zachować. Mojżesz tak powiedział: "Czcij ojca swego i matkę swoją", oraz: "Kto złorzeczy ojcu lub matce, niech śmiercią zginie". A wy mówicie: "Jeśli kto powie ojcu lub matce: Korban, to znaczy darem złożonym w ofierze jest to, co by ode mnie miało być wsparciem dla ciebie", to już nie pozwalacie mu nic uczynić dla ojca ni dla matki. I znosicie słowo Boże przez waszą tradycję, którąście sobie przekazali. Wiele też innych tym podobnych rzeczy czynicie»."

 ***
Dzisiaj znowu, jak przed laty, w moich uszach zagrał refren: „nim usiądziesz do kanapek, nie zapomnij umyć łapek”. Ale zanim o higienie w świetle Ewangelii, kilka słów o… faryzeuszach … 
Zapewne niejeden socjolog uznałby ich za współczesny filar demokracji. Utarło się przecież, że opozycja ma jedno zadanie - krytykować. Nie dla samego krytykowania, ale żeby w jawny sposób legitymizować – czyli chwalić za dobre, ganić za złe - władzę. W przypadku faryzeuszy, trudno mówić jednak o pozytywnej, konstruktywnej krytyce. Oni działają raczej jak targowe przekupki: wytykają konkurencji wszystko, co w ich mniemaniu jest „nie halo” i denerwują się, kiedy ktokolwiek ośmieli się zaburzyć względny targowy spokój, chociażby przez wprowadzanie nań nowych produktów. 
Biorąc pod uwagę fakt, że dzisiaj mianem faryzeuszy określa się ludzi fałszywych i obłudnych, trudno uznać tamtych - współczesnych Jezusowi - za porządnych. Dla nich ważna jest tradycja, a każdy kto jej nie akceptuje, sieje ferment. Za takiego uznany został nawet sam Jezus. A wszystko przez to, że nie w smak były mu puste, świątynne reguły czystości. Faryzeusze myli ręce, myli naczynia, żeby usunąć z nich wszelką nieczystość. Zwyczaj ten w żadnym wypadku nie wywodził się ze Starego Testamentu, jak sami „uczeni w Piśmie” sądzili. Wziął swój początek prawdopodobnie z kultury i wierzeń greckich. Jezus jest temu przeciwny. Uważa, że szukanie właściwej drogi w bezużytecznych gestach, a nie w przestrzeganiu Bożych przykazań jest bez sensu. 

Nie warto jednak analizować powyższego fragmentu Pisma Świętego w kontekście wyłącznie historycznym, trzeba szukać to pewnej nauki na dziś – na każdy kolejny dzień. I nie chodzi tu o mycie rąk przed każdym posiłkiem (choć to też warte jest zachodu) ani o wkładanie naczyń do zmywarki, ale o szukanie w symbolach, którymi się posługujemy, głębszego sensu. I tak na przykład … kiedy modląc się wołamy: „przepuść nam nasze grzechy”, powinniśmy to robić nie tylko, by „mieć zaliczone”, ale przede wszystkim dlatego, że tego chcemy i o to naprawdę, z całego serca, prosimy.

niedziela, 23 grudnia 2012

Teatralna modlitwa



Dzisiejszy dzień - i mówię to z pełną odpowiedzialnością - właściwie spędziłem w kościele. A to wszystko za sprawą "Opowieści Wigilijnej" - spektaklu zainspirowanego książką Karola Dickensa, który wystawiliśmy... Tak jest!!! Wystawiliśmy!!! Pełno ludzi! (nie było gdzie szpilki wcisnąć).
Otóż całkiem niedawno przy parafii św. Józefa Kalasancjusza Ojców Pijarów w Rzeszowie-Wilkowyi powstał teatr "Atmosfera". Mam tę przyjemność, że jestem jego częścią.
Każde zagrane przedstawienie, a nawet każda próba przynosi mi ogromną satysfakcję, ale i drobną refleksję... 
Mówić lubiłem chyba od zawsze. W zerówce zdarzyło mi się być św. Józefem w jasełkach i ... z czego byłem niezwykle dumny ... Burakiem w wierszu Jana Brzechwy "Na straganie" (z perspektywy czasu - pewnie nie do końca jest się czym chwalić... w końcu Cebula mnie nie chciała). Później, zacząłem recytować wiersze w szkole i poza nią, zacząłem czytać  w kościele. W 2 klasie liceum pojawiło się radio ... z którym już czwarty rok mam styczność. Nie o tym chcę jednak mówić. 
W dzisiejszym (a może wczorajszym, bo piszę tę notkę, kiedy na zegarze 00:06)  przedstawieniu zagrałem Scrooga. Wprawdzie to główna rola, ale tak naprawdę nie ona jest dla mnie najważniejsza. Teatr tworzy kilkanaście osób. Przede wszystkim studenci i młodzież licealna ... z domieszką gimnazjalnej. Ludzie różnych temperamentów, odmiennych charakterów, talentów ... jednym słowem - mieszanka wybuchowa. A jednak ta mieszanka potrafi usmażyć coś naprawdę fajnego. Nowego znaczenia nabiera od razu nazwa naszego teatru. To już nie jest "Atmosfera", to ATMOSFERA ... taka między nami.
Działalność teatralna jest chyba znakomitą realizacją pijarskiego charyzmatu, więc myślę, że nie tylko naszą trupę cieszą "atmosferyczne" wyczyny. W listopadzie zdobyliśmy nagrodę publiczności na Przeglądzie Teatrów Pijarskich w Łowiczu za spektakl "Którędy do nieba?" Dla wszystkich bardzo ważna sprawa. Wiadomo - sukcesy podbudowują. Nie tylko w wymiarze scenicznym... także tym czysto ludzkim, przyjacielskim. Kolegujemy się, przyjaźnimy, mimo tego wszystkiego co nas różni - rewelacyjne uczucie.
Dochodzi tu jeszcze jeden niezwykle ważny, a może nawet najważniejszy aspekt ... duchowy. Przedstawienia opiewają głównie wokół "boskiej" lub moralizatorskiej tematyki z myślą o dzieciach, więc podanej w bardzo prosty sposób. Aktorska gra "dla kogoś" jest swego rodzaju... MODLITWĄ. Tak- modlitwą.  Św. Augustyn mówił, że kto śpiewa modli się podwójnie. Jakim mnożnikiem ująć w takim razie występowanie na scenie dla kogoś i na Czyjąś chwałę?

Mam też swoją osobistą nadzieję ... że pijarski teatr "Atmosfera" za jakiś czas nie będzie pieśnią przeszłości, a  będzie się stale rozwijał. Że te małe uśmiechnięte łebki,  które zajmują teraz miejsca w pierwszych rzędach, oglądając występy ... za jakiś czas same będą grały. A może wśród nich pojawi się ktoś, dla kogo teatr będzie modlitwą, miejscem zawierania nowych przyjaźni, ale też  - zawodem. W końcu gwiazdy filmu    i sceny muszą gdzieś zaczynać ;)

Już niedługo startujemy z kolejnym przedstawieniem. Zapraszamy na nasz profil na facebooku :D facebook.com/TeatrAtmosfera
"Którędy do nieba?"




wtorek, 16 października 2012

Katolickie kategorie?

Ostatnio trochę czytam ...  nawet więcej niż trochę, a w gruncie rzeczy - czytam naprawdę dużo. Czytam książki, czasopisma, wpisy na facebooku, blogi, wszelkiej maści artykuły internetowe; od czasu do czasu dopadam nawet gazetki parafialne (tak na marginesie: chyba wziąłem sobie do serca słowa proboszczów niemalże wszystkich parafii w Polsce, którzy w ramach tzw. "ogłoszeniowego Post Strictum",wznoszącym tonem oznajmiają: "Zachęcamy do czytania prasy katolickiej. Prasa katolicka wyłożona jest na stolikach z tyłu kościoła". Czasem dochodzi do tego cały proboszczowski przegląd owej prasy, który sprawia, że ogłoszenia są dłuższe niż kazanie ... ale jak tu nie zareklamować gratisowego gadżetu do najnowszego "Promyczka Dobra"?)

Dużo można się z tego wszystkiego dowiedzieć - oj, dużo. Ale jedno pytanie nie daje mi spokoju. Pozostaje dla mnie jakby bez odpowiedzi... Jaki powinien być współczesny katolik? Każda gazeta, każde piśmidło mówi mi co innego.
Mam więc, roztoczone przed oczami różne i niepokrywające się w wielu miejscach wizje katolicyzmu.
I tak np. ... Tomasz Terlikowski (fronda.pl), jako twardy konserwatysta preferuje bardziej hardcorową wersję . Taka - jak mogę przypuszczać - charakteryzuje się m.in. szukaniem i potępianiem zła w każdym elemencie światowej pop - kultury, nałogowym tworzeniem przyparafialnych wspólnot, publicznym cotygodniowym spalaniu najnowszego numeru "Newsweeka" i sporadycznym, ale jednak, przywdziewaniu na siebie pokutnego worka po ziemniakach.
Inną wizje, roztacza przede mną Szymon Hołownia (Religia.tv , Mam Talent itp). Tu - w moim odczuciu - można mówić  o katolicyzmie liberalnym: katolik może być fajnym bogatym gościem , jeździć zagranicznym wozem, nie lubić części biskupów i Radia Maryja, zastanawiać się nad prawem do aborcji oraz nadawać na, wyjące w niebo głosy, chóry parafialne.
Wizja numer 3 ...
albo nie ... tę pominę. Musiałbym pisać też o czwartej i o piątej, o szóstej i dziesiątej, a nie o to przecież chodzi.
W każdym bądź razie, doszedłem do wniosku, że współcześni katolicy dzielą się na  kategorie; Na własną potrzebę wyróżniłem kilka:

KATOLIK - KRÓL PARAFII - zaliczyć tu można  najbardziej zagorzałe fanki kościelnego nagłośnienia, które swoim głosem codziennie "radują"  wiernych, zebranych na Mszy Św., czytając czytania i prowadząc różne nabożeństwa;  zwykle są to panie z  chóru, każdej z  dwudziestu ośmiu róż różańcowych i członikinie/owie ekipy Przyjaciół Radia Maryja;  zajmują  w świątyni pierwsze ławki (zawsze przy nawie głównej!) a w zakrystii spędzają więcej czasu niż organista i ministranci razem wzięci

KATOLIK - MARKETINGOWIEC ALBO "SZCZĘŚĆ BOŻE SĄSIEDZIE" - typ, który dawno byłby w niebie, gdyby tylko serdeczności i rozglądanie się po kościele w poszukiwaniu znajomych twarzy, równe były codziennej modlitwie ; buduje swoją popularność, bywając w kościele  na Mszach Wieczornych i przy okazji większych imprez, gdy sąsiedzi mogą zobaczyć jego pobożne rytuały

KATOLIK - LEŚNY - bywa w Kościele zwykle zimą, gdyż pozostałe trzy pory roku dają mu możliwość cieszenia się urokami przyrody;  Charakterystyczne jest dla niego powiedzenie: Bóg jest wszędzie. Utożsamia, więc Boga z naturą i widzi go nawet w rudych wiewiórkach

KATOLIK - SEZONOWY - w ciągu roku nawiedza Kościół dwukrotnie: na Boże Narodzenie i Wielkanoc; rzadziej tego  NIE robi,  by nie przekroczyć cienkiej granicy boskiej wytrzymałości; legendy głoszą, że jego praktyki poprzedzane są też szybką spowiedzią

KATOLIK - MŁODZIEŻOWIEC - ministrant, dziewczynka ze scholi lub oazowiec; plącze się wokół kościoła od poniedziałku do niedzieli, pomimo tego, że spotkanie formacyjne ma tylko w sobotę; w ramach tej kategorii, można wyróżnić podkategorie:
- KRÓL TRZECH AKORDÓW - niemiłosiernie morduje gitarę trzema chwytami, śpiewając przy tym rzewne piosenki religijne na melodie disco - polo (domena gitarzystów oaz diecezjalnych)
- ZAANGAŻOWANY - wszędzie go pełno, wpisany na listę obecności w każdej grupie formacyjnej
- GUMOŻUJNY MINISTRANT - delikwent pokonujący pierwsze szczeble ministranckiej kariery; na Mszy Św. skrycie żuje gumę, robiąc z niej wielkie balony lub nerwowo zerka na zegarek, sprawdzając - która godzina
- PLOTKARZ MŁODZIEŻOWY - najlepiej poinformowana osoba w parafii; często lektor, rejestrujący z prezbiterium każdy ruch wiernych na coniedzielnej Mszy Św.

KATOLIK - TEENAGER - mówiąc mamie lub tacie, że idzie do kościoła ... sarnim krokiem, udaje się na pobliskie boisko żeby "puścić dymka" z kolegami;  treść ogłoszeń referuje mu babcia

KATOLIK - "WIERZĄCY NIEPRAKTYKUJĄCY" - wierzy, że wierzy ... przynajmniej tak mu się wydaje: do Kościoła nie chodzi, odkładając nawrócenie na później

KATOLIK ze ŚWIĄTYNI ZAKUPÓW - zamiast niedzielnej Mszy stawia na poszukiwania kiszonych ogórków, pomidora i musztardy w pobliskim hipermarkecie

KATOLIK ZAWODOWY -ksiądz, zakonnik lub zakonnica; z Bogiem "za pan brat" ; wie o czym mówi, często używając do tego archaicznego języka ... ulubiony kolor - czarny



To tyle ode mnie ... tak z przymrużeniem oka ;)

środa, 15 sierpnia 2012

Oswoił cierpienie.

Nick Vujicic - człowiek, o którym słyszałem wprawdzie już jakiś czas temu, ale który zafascynował mnie, na dobrą sprawę, dopiero ostatnio. Nie ma rąk, nie ma nóg ... a potrafi być wsparciem dla innych. Fenomenalny gość. Nie chcę przedstawiać tu jego biografii. Można ją znaleźć bez żadnego problemu w internecie.
Polecam natomiast: http://www.youtube.com/watch?v=GuTV7yBxYrU (dla mających trochę więcej czasu - http://www.youtube.com/watch?v=LmokzlrsH3s&feature=related) - daje do myślenia.

Podziwiam ludzi, którzy potrafią znaleźć jasną stronę cierpienia ...




A tak modliła się Matka Teresa:

Panie, gdy jestem głodna, przyślij mi kogoś, kto potrzebuje pożywienia;
gdy chce mi się pić, przyślij mi kogoś spragnionego;
gdy jest mi zimno, przyślij mi kogoś do ogrzania;
gdy odczuwam przykrości, ofiaruj mi kogoś do pocieszania;
gdy mój krzyż staje się ciężki, pozwól mi dzielić krzyż innej osoby;
gdy jestem biedna, skieruj mnie do kogoś, kto jest w potrzebie;
gdy nie mam czasu, daj mi kogoś, kogo mogłabym wesprzeć przez chwilę;
gdy jestem upokorzona, spraw, bym miała kogoś, kogo mogłabym pochwalić;
gdy jestem zniechęcona, przyślij mi kogoś, komu mogłabym dodać otuchy;
gdy potrzebuję zrozumienia u innych, daj mi kogoś, kto czeka na moją wyrozumiałość;
gdy potrzebuję, by ktoś zajął się mną, przyślij mi kogoś, kim ja mogłabym się zająć;
gdy myślę tylko o sobie samej, zwróć moją uwagę na kogoś innego.
Uczyń nas, Panie, godnymi służenia naszym braciom, którzy na całym świecie żyją i umierają biedni  i wygłodniali. Daj im dzisiaj, posługując się naszymi rękoma, ich chleb powszedni. Daj im za pośrednictwem naszej wyrozumiałej miłości pokój i radość.

niedziela, 26 lutego 2012

Długa przygoda - czyli czas na małe podsumowanie ...

Ten tekst pojawi się na blogu -pijarskie-lso.blogspot.com- ,ale myślę, że nic nie stoi na przeszkodzi, aby pojawił się również tutaj (w ramach małej przedpremiery)... Jeśli jednak ktoś spodziewa się po mnie świadectwa, ułożonego od stóp do głów, ministranta ... może być trochę rozczarowany :P

Postawiono przede mną nie lada zadanie. Myślałem, że będzie szybko, łatwo i przyjemnie, ale po chwili zastanowienia, doszedłem do wniosku, że sklecenie kilku zdań o czymś, co było częścią mojego życia przez ostatnie 11 lat to ogromne wyzwanie. Co zrobić … nie pozostaje mi nic innego, jak tylko spojrzeć prawdzie w oczy i powiedzieć sobie: młodość nie wieczność… A pomyśleć, że jeszcze w połowie lat 90., jako w miarę „dojrzały” 4-letni gość – chodząc z rodzicami na coniedzielną Mszę Św. zarzekałem się, że ministrantem nigdy nie będę. Trudno się dziwić. Dużo bardziej atrakcyjne było dla mnie wtedy wpychanie każdej otrzymanej złotówki (przeznaczonej bądź co bądź na ofiarę) w szczeliny drewnianej podłogi naszego kościelnego chóru oraz skrzętne przemycanie doń kiszonych ogórków – które stanowiły w tamtych czasach moją ulubioną zabawkę na każdym kazaniu. Pewnie nie przebiję tym mojego brata, który uwielbiał zrzucać z balkonu zimowe rękawiczki na głowy wiernych, a swoją głowę wkładać między poszczególne elementy balustrady. Zupełnie niedawno dowiedziałem się także, że jedna z parafianek bardzo żałuję, że obydwaj jesteśmy już dorośli, bo nasze niecodzienne zachowania były dla niej zawsze wielką atrakcją.Wracając do tego, co kluczowe w moim wywodzie, wiele w moim postrzeganiu członków LSO zmieniło się po Pierwszej Komunii Świętej. Będąc jeszcze w aureoli świętości, przekonany o swojej wielkiej pobożności, postanowiłem wejść w to, z czego nie wyszedłem do dzisiaj. Nie chcę tu posługiwać się wyszukanymi, nic niewnoszącymi metaforami typu: „dzięki Słubie otrzymałem niezliczone łaski, które cały czas pozwalają mi pielęgnować żar bożej miłości, objawiający się każdego dnia w drugim człowieku.” Takie ubieranie w słowa tego ,co można powiedzieć w sposób dwa razy bardziej przystępny, jest moim zdaniem dość żałosne (i jest to główna przywara także wielu księży, ale to sprawa do rozważań na osobny tekst).Przez cały okres swojego „bytowania” przy Ołtarzu, bez wahania mogę stwierdzić - jestem dumny z tego, że udało mi się przejść właściwie przez wszystkie szczeble ministranckiej „kariery”. Do dzisiaj pamiętam drżenie to rąk, kiedy to pierwszy raz zamachnąłem się, by z impetem uderzyć w gong. Pamiętam też, jak starsi ministranci, przychodząc za pięć dziesiąta, bez skrupułów konfiskowali nam najlepsze pelerynki, które mieliśmy „zaklepane” pół godziny wcześniej (od tamtego czasu moim życiem kieruje zasada „nie rób drugiemu, co Tobie niemiłe) oraz pierwsze czytanie Modlitwy Powszechnej. Czasami nie mogę uwierzyć, ilu fajnych ludzi – kolegów „po fachu”, nowicjuszy, kleryków, księży, koleżanek ze scholki - poznałem przez te 11 lat. To był wyjątkowy czas. Wszystkie publiczne występy, którym oddawałem się przy ambonie, w dużym stopniu zdecydowały o tym, że postanowiłem studiować dziennikarstwo i komunikację społeczną. Bardzo miło wspominam również „pijarskie akcje”, w których zawsze było miejsce dla LSO (parafiady, czuwania, przedstawienia). Takie rzeczy uczą człowieka samodyscypliny, współpracy w grupie. Szkoda, że docenia się to dopiero z perspektywy czasu.Nie powiedziałem jeszcze o rzeczy najważniejszej, a od tego pewnie powinienem zacząć. To, że odważyłem się stanąć przy Ołtarzu, jest chyba najlepszą modlitwą jaką mogłem skierować do Boga. Tak naprawdę każde odklepane bezmyślnie „Ojcze Nasz” jest niczym w porównaniu ze świadomym ofiarowaniem swojego czasu dla Niego. Często zdaję sobie sprawę, że za pewnymi rzeczami, które tak bardzo mnie w życiu zaskakują, nie może stać przypadek. Tutaj działa ktoś jeszcze. Kto wie, być może dlatego, że ja również, jako ministrant czy lektor robię coś dla Niego?Hmmmmm… rozpisałem się. A miało być tylko kilka zdań. Nie wiem, czy ktoś dotrwał do końca ... jeśli tak, to niech uwierzy „staremu wyjadaczowi” – ministrantura to nie obciach, ale coś, co wnosi w życie człowieka naprawdę ogromne ilości pozytywów… coś pozwala poczuć się dla Boga kimś szczególnym.

niedziela, 4 grudnia 2011

Drogowskaz zabłąkanych ...

Po dłuzszej przerwie (spowodowanej naukowymi obowiązkami) przycodzi czas, by ponownie pochylić się na Pismem ...

Jak wam się wydaje? Jeśli jakiś człowiek doszedł do posiadania stu owiec i jedna z nich się zabłąkała, to czy nie zostawi na górach dziewięćdziesięciu dziewięciu i nie pójdzie szukać tej zabłąkanej? A gdy mu się uda odnaleźć ją, to zapewniam was, cieszy się nią więcej niż tymi dziewięćdziesięciu dziewięcioma, które się nie zabłąkały. Tak samo nie jest wolą waszego Ojca, Tego w niebie, aby zginęło choćby jedno z tych małych. (Mt 18,12-14)


Chyba każdy średnio obrotny człowiek – w tym, nie ukrywając również ja - mając w ręku 99zł , nie wymieni ich z nikim na symboliczną złotówkę, choćby i nawet tę świeżo wybitą w państwowej mennicy. Można mówić tu o pewnym „ekonomicznym zdrowym rozsądku”: lepiej mieć więcej niż mniej. Zasada ,wydawać by się mogło , całkiem sensowna. Problem (a po głębszym zastanowieniu może i zaleta), że próżno jej szukać w dzisiejszej Ewangelii.
Dobra Nowina jest dla mnie dziś niezwykle celnie skonstruowanym komentarzem Psalmu 23. To przecież właśnie w nim Bóg jawi się nam jako Doskonały Pasterz – ten, który daje nam wszystko, zapewnia zestaw „full – opcja”. „Choćbym przechodził przez ciemną dolinę, zła się nie ulęknę, bo Ty jesteś ze mną” – złośliwy powie, że to taki zwykły, prosty, biblijny, niekoniecznie sprawdzający się w rzeczywistości frazes, wyciągnięty ze wspomnianego przeze mnie już psalmu.
Jednak analizując teksty Pisma, warto oprzeć się czasami na zwyczajnej grze skojarzeń. Mówiąc „po ludzku”: jeśli jakiś fragment jest dla Ciebie trudny, zbyt ogólny, to znajdź inny, który wyjaśni Ci ten pierwszy. Z takiego założenia wyszedłem dzisiaj również ja. Psalmista (autor 23.) kreuje obraz Boga jako Dobrego Pasterza; natomiast Ewangelista (w dzisiejszej Ewangelii) , w sposób bardzo konkretny, obrazuje tę Bożą Dobroć. Jezus jest gotów szukać każdej zagubionej owieczki, nawet gdyby przy okazji musiał zostawić bez opieki całą trzódkę … „a gdy mu się uda odnaleźć ją, to zapewniam was, cieszy się nią więcej niż tymi dziewięćdziesięciu dziewięcioma, które się nie zabłąkały”(Mt 18,13)
Warto zmienić również na chwilę perspektywę patrzenia na relację Bóg – człowiek, pomijając wątek zoologiczny i nieustanne porównywanie osoby ludzkiej do (skądinąd bardzo sympatycznego) zwierzęcia, jakim jest owieczka. Zerknijmy na ten duet jak na interakcję na linii Ojciec - syn. Kochający Tato i niesforny, co rusz wplątujący się w kłopoty dzieciak. Piękny obrazek, nieprawdaż? Ten drugi ma szczęście, że istnieje ten pierwszy. Analogicznie jest u Mateusza. Człowiek będący częścią stada (czytaj Kościoła) wyłamuje się, ucieka, gubi – nie wiedząc, co traci. W pogotowiu jest jednak Jezus. Dla Niego każda nawet najmniejsza cząsteczka jest filarem całości. Udaje się więc w pogoń za zagubionym człowiekiem, zostawiając tych, którzy się nie zagubili.
Przekładając na życie codzienne moje frywolne przemyślenia, dobrze jest pamiętać, że nawet kiedy robimy rzeczy nieprzemyślane, grzeszne, sprzeczne z naszym systemem wartości– mówiąc krótko - amoralne, to mamy Boskiego Przyjaciela, który nie pozwoli nam się zgubić; bo, cytując ks. Jana Twardowskiego, „jest taka miłość, która nie umiera, choć zakochani od siebie odejdą”.